Recenzja płyty "Hypocrisy Destroys Wacken"

Rzadko obserwuje się zjawisko występowania płyt koncertowych w kręgach grup death metalowych, a jednak Hypocrisy zdecydowało się na ten krok z myślą o fanach, aby zostawić i miłą, z założenia pożegnalną (w co wątpię) płytkę, której słuchać będą mogli, aby bić pokłony przed jedną z najlepszych death metalowych kapel lat 90.

Koncert zarejestrowany został na festiwalu Wacken Open Air i pierwsze wrażenie, jakie odniosłem słuchając tej płyty, było niedowierzanie, że to wszystko dzieje się na żywo, a nie jest sprawą jakiejś sprytnej sztuczki studyjnej, tudzież zwykłego playbacku. Osobiście głowy nie dam, czy brzmienie tego albumu nie zostało poddane profesjonalnej obróbce studyjnej, bo całą "koncertowość" tego krążka można poznać po pojawiających się między utworami zapowiedziach ("OK, next one is called..." - Tagtgren wyobraźnią nie grzeszy). A co w programie? Niewątpliwa uczta dla każdego fana Hypocrisy - począwszy od otwierającego album "Roswell-47", a dalej już "Inseminated Adoption", "A Coming Race" i wszystkie tak zwane "hity", które zespół popełnił przez lata.

Ale to nie koniec jeśli chodzi o niespodzianki serwowane fanom na kompaktowej wersji krążka (czy wspomniałem o wersji video? nie?). Po kończącym płytę "The Final Chapter" znajdziecie jeszcze cztery studyjne utwory, z których moim skromnym zdaniem tylko dwa nadają się do słuchania dla fanów Hypocrisy, a resztę zaś traktować można jako ciekawostkę lub też efekt otwartości lidera Szwedów na inne gatunki muzyczne (przykładem niech będzie wściekły, hardcore'owy "Fuck U").

Biorąc pod uwagę jakość brzmienia, dobór repertuaru i feeling na scenie jest to bardzo smakowity kąsek nie tylko dla fanów Hypocrisy, ale także dla kogoś, kto chciałby przekonać, się cóż to za zespół i co soba prezentuje. A "Hypocrisy Destroys Wacken" zdaje się być najlepszą wizytówką. Nie wiem, czy hipokryzja niszczy Wacken, ale na pewno zrobiło to Hypocrisy!

 

Recenzja płyty "HYPOCRISY"

Jak widać Peter Tagtgren nie oddał się rozkoszom picia obleśnego, szwedzkiego pseudpiwa, ani zażywaniu uciech cielesnych ze słynnymi szwedzkimi blondynkami. Wraz z Mikaelem Edlund i Larsem Szoke (znanym także jako Obelix) poraził najpierw ludność Wacken Open Air swym pamiętnym występem, wydanym następnie na CD i video jako "Hypocrisy Destroys Wacken", a zanim zdążyłem się obejrzeć, na rynek szykuje się już nowa pełna płyta Hypocrisy, lakonicznie zatytułowana po prostu nazwą zespołu (mimo, że poprzednie informacje prasowe zapowiadały, że płyta nazywać się ma "Cloning Technology").

Nie wiem doprawdy, jak wielki dystans mam wziąć do tego wydawnictwa, jako że naklejka na egzemplarzu promocyjnym CD informuje, że jest to materiał surowy i jeszcze bez masteringu. Wnoszę więc, że brzmienie na efekcie końcowym jeszcze się poprawi, chociaż i teraz nie mam do niego zastrzeżeń, w końcu mówimy o Abyss Studio, o nagrywaniu w którym nie marzą tylko wstecznorozwojowi antymuzycy pokroju Graveland czy innej perły ziemi polskiej.

Generalnie mamy do czynienia z rozpoznawalnym na odległość Hypocrisy - ostre, agresywne death metalowe riffy, charakterystyczny dla Tagtgrena wokal, tym razem rezygnujący niemal zupełnie z deathowych porykiwań na rzecz krzyków, jęków i czystych, spotęgowanych efektami, zaśpiewów. Generalnie płyta zróżnicowana jak nigdy dotąd. Począwszy od typowego dla Hypocrisy walca "Fractured Millenium", zaczynającego się niepokojącym, wysokim piskiem Petera, przywodzącym na myśl parszywy heavy metal, jakiego teraz zdecydowanie za dużo, potem "Apocalyptic Hybrid", death metalowy wypierd z opętanimi solówkami, jakie Vader zwykł grywać lata temu, "Elastic Inverted Vision" z genialnym, wpadającym w ucho motywem i świetną interpretacją wokalną ("you better believe it!!!!!!!!" zabija!), potem wręcz rockowy, nie pozbawiony jednak ekstremalnego ciężaru "Reversed Reflections", dalej niespodzianka w postaci "Time Warp" - wściekłego hard core, przywodzącego na myśl amerykańskich tuzów tego grania, jak Sick Of It All, Agnostic Front, etc. Kto na "Hypocrisy Destroys Wacken" porzygał się przy "Fuck U", powinien ominąć "Time Warp". Na koniec powrót do klimatów z "Abducted", czyli spokojny kawałek muzyki na koniec.

Panie i panowie, mamy tu do czynienia z doskonałą płytą dla wszystkich, dla których death metal nie kończy się na nerwowych pochrząkiwaniach Cannibal Corpse.

 

Recenzja płyty "10 Years Of Chaos And Confusion"

Albumy z serii "The Best Of" czy "Greatest Hits" bywają różne. Jednak w przypadku tego krążka nie można było się spodziewać płyty złej. Marka zespołu robi swoje. Zawartość "10 Years Of Chaos And Confusion", będąca podsumowaniem dziesięciu lat twórczości Hypocrisy, jest naprawdę wyśmienita. To czternaście utworów wybranych przez fanów, które stanowią nie lada gratkę, chyba nie tylko dla wielbicieli Szwedów. O ile się nie mylę, cały materiał zawarty na tej płycie można znaleźć na poprzednich produkcjach zespołu.

Zastanawiam się, czy jest sens pisać o utworach, o których gdzieś kiedyś ktoś już nie raz napisał, nie są przecież one niczym nowym. Jedno o płycie jednak można powiedzieć od razu, dobór numerów jest świetny. Ten jubileuszowy album rozpoczyna szaleńczy "Penetralia" ze skrzeczącym wokalem, a zaraz po nim niemalże monumentalny "The Fourth Dimension". Przez następną godzinę Szwedzi serwują nam dawkę kilku wręcz klimatycznych kawałków takich jak "Deathrow (No Regrets)", "Until The End", genialny "Fire In The Sky" czy potężny "Fractured Millenium". Kompozycje te zgrabnie przeplatają się z szybkimi numerami, takimi jak "Pleasures Of Molestation", "Killing Art" czy "Left To Rot". I na koniec nostalgiczny, kończący "The Final Chapter".

"10 Years Of Chaos And Confusion" jest doskonałym przekrojem przez twórczość Hypocrisy i jeśli ktoś do tej pory nie spotkał się z ich muzyką lub zna ją w niewielkim stopniu, powinien sięgnąć po tę płytę. Krążek udowadnia, że to właśnie fani powinni przyczyniać się do wyboru zawartości takich kompilacji.